wtorek, 16 września 2014

zabawa!

Cześć! Piękny dzień, cudowny humor i idealna pora na drzemkę. Zanim jednak zasnę, opowiem Wam co się stało kilka dni temu.
Już od jakiegoś czasu moja mama zabiera mnie na spotkania z innymi mamami, które też zabierają swoje dzieci. Frajdy mamy co nie miara. Jest głośno, jest wesoło, jest radośnie i intensywnie. Pełno wózków (równie szałowych jak mój), pełno dzieci, nieznane miejsca, kocyki, zabawki, baseny, trawka, FLIPSY i cała masa przeróżnych cudnowności. Mamusie stają na głowie, żeby się nam dobrze broiło (już dawno pogodziły się z faktem, że nie będzie to grzeczne siedzenie i spokojne przedpołudnie. I bardzo dobrze, bo im wcześniej, tym lepiej, dla każdego z nas), a my odwdzięczamy się im naszym uśmiechem (niesamowite ile można za niego dostać...).
W każdym razie miał właśnie nadejść dzień kolejnego spotkania. Plany były ambitne (nie wiem jeszcze co to znaczy, ale piszę z nadzieją, że Wy wiecie), ale chyba coś poszło nie tak, bo zrobiło się straszliwie mokro naokoło, a jestem prawie pewny, że nie była to pora kąpieli. Telefoniczne poruszenie trwało (uwielbiam jak do mamy dzwoni kilka osób naraz, robi się wtedy taka wesoło nerwowa i biega w chaosie :) Zupełnie jak ja, gdy wysypią mi stertę klocków i flipsy. FLIPSY!), a ja podziwiałem ten wielki prysznic za oknem. I gdy już uznałem, że zostajemy w domu i zaczynałem wypatrywać tych wszystkich zakazanych do bawienia się rzeczy, mama powiedziała "spójrz za okno!", a ja wiedziałem, że to słoneczko oznacza moje ulubione spotkanie :)
Pojechaliśmy! Od razu napiszę Wam, że uwielbiam jazdę samochodem (no dobra, może byłoby odrobinę lepiej, gdyby nie zapinali mnie tymi pasami, ale mimo moich 9-ciu miesięcy już wiem, że nie można mieć wszystkiego), a do tego wszystkiego tym razem miałem obok siebie towarzyszkę podróży, uroczą, śpiącą Polę (fakt, że spała, odrobinę utrudniał nam konwersację, ale nie ma takiej przeszkody, której nie dałoby się pokonać. Wiadomo :) ). 
Zresztą Pola obudziła się, jak tylko dotarliśmy na miejsce, więc już od tego momentu mogliśmy nagadać się do woli. Zwłaszcza, że dołączył do nas jeszcze Kuba, a daleko daleko, na szczycie góry czekała Kalinka. 
Szczyt góry... to osobna historia :) Bo widzicie, tym razem jechałem w takim odrobinkę mniejszym wózku. Mama mówi, że on jest super, bo po złożeniu może zmieścić się do kieszeni (nie sprecyzowała jednak czyjej...), ale mówi też, że niekoniecznie sprawdza się na wszystkich wybojach i krawężnikach (tzn. trudno powiedzieć, żeby mówiła. Po prostu domyślam się, że tak jest, bo ilekroć natrafiamy na przeszkodę to mama tak gniewnie buczy i sapie). No więc sami możecie się już teraz domyśleć, że na górę to raczej głównie przeszkody i wyboje... i ten mały wózek... i zła mama, a do tego pod górę... do tego wszyscy inni mieli takie wózki, jak ten mój pierwszy, niebieski i zostawili nas daleko w tyle, więc doszedł jeszcze element rywalizacji (gugu). 
Na szczęście na szycie czekała na nas, poza Kalinką, kalinkowa mama z uśmiechem i miseczkami wypełnionymi ogóreczkami i innymi smakowitościami. Dołożyliśmy do tego jeszcze flipsy (FLIPSY!) i kaszkę i tak oto doszło do spontanicznego górskiego pikniku :) Zresztą te spotkania właśnie dlatego są takie fajne, że wszystkich nas ogarnia błogi spokój i niczym niepohamowana chęć zabawy i uśmiechu. Wszyscy są wyluzowani i o wiele mniej rzeczy przeszkadza i uwiera. Uwielbiam!
I powiem Wam, że ten prysznic, co to rano chciał wszystko odwołać, pojawił się znowu, ale tym razem ochroniła nas odrobina przezroczystej folii (której uwielbiam chyba tak samo bardzo jak FLIPSY!) i coś, co mamy nazwały "planem B", czyli szybki spacerek do centrum Gdańska. 
Szybki... kolejna osobna historia. Takie było założenie, jednak równie szybko (tak szybko, jak szybki miał być spacer) okazało się, że jedna winda działa, ale niekoniecznie tak, jak byśmy tego chcieli, a druga nie działa wcale (i rzetelnie nas o tym informuje). Dlatego trzeba było zakasać rękawy (jakoś intuicyjnie wiem, że to wyrażenie tutaj pasuje) i przedostać się na dół i na górę po schodach (wyobraźcie sobie radość mojej mamy i ten mały wózek, i te inne większe, i tą rywalizację, i te schody). W międzyczasie deszcz padać przestał, ale chyba nikt tego nie zauważył podczas walki z poziomami.
No i słuchajcie! Bo okazało się, że ten plan B, to jakaś totalna rewelacja! Co prawda znowu trzeba było pokonać schody (tym razem od razu bez windy i czegokolwiek innego, sprawa była jasna), bo musieliśmy dostać się na pierwsze piętro restauracji, ale totalnie było warto! Przekonałem się o tym dopiero po chwili, bo od tego całego pchania wózka zwyczajnie się zmęczyłem i zasnąłem (na pewno znacie to uczucie, jak ogląda się aerobik w TV). 
Lepiej późno, niż wcale, bo zaraz po przebudzeniu (obudziła mnie świeżo postawiona przed mamą kawa... wiadomo :) ) mama zabrała mnie do ogromnego pokoju pełnego... WSZYSTKIEGO! Zabawki na podłodze, zabawki na ścianie, zabawki na stole i na krześle, na oknie, na suficie (tak zakładam, bo w sumie nie spojrzałem). Zabawki wszędzie. Pokój zabawek! No raj, raj. Brakowało tylko basenu wypełnionego FLIPSAMI! Rzuciliśmy się wszyscy my, którzy nie spaliśmy (Kuba zasnął, jego mama też pchała wózek... biedny zmęczony...). W sekrecie powiem Wam, że kilkoma zabawkami bawiły się też nasze mamy, tylko ciiiiiiiii. 
No nie mogę, po prostu nie mogę skupić się na pisaniu, jak o tym wszystkim pomyślę, bo mogłem się bawić, robić bałagan, biegać, skakać (w granicach rozsądku i możliwości), miałem wkoło moich przyjaciół, wiedziałem, że w torbie mamy są flipsy. Czy może być coś cudowniejszego? 
Musicie to zobaczyć! Dlatego zamieszczam fotki, kończę pisać i idę spać. Miłego oglądania!



 

 














jak zapewne się domyślacie moją czapeczkę i do tego jeszcze koszulkę Kalinki uszyła Buba,
a miejsce, w którym wybawiliśmy się za wszystkie czasy to restauracja Kos :)
Udanego dnia! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz