poniedziałek, 1 września 2014

zielsko do zielska

Czasami tak się zastanawiam, czy moi rodzice to aby na pewno wiedzą co robią. Błądzą we mgle! Ja Wam mówię.
Skąd moje oburzenie?
Otóż wyobraźcie sobie, że poszliśmy po raz kolejny na śniadanie do Gdańska (piękne widoki, cudowna pogoda, ble ble ble) i tym razem postanowili się troszkę ze mną podzielić (rychło w czas!). Dla mnie perspektywa cudowna, bo nie ma nic lepszego, niż kaszka i dodatkowe smakowitości.
Dostałem więc chlebek razowy z masłem (okazuje się, że jestem wielkim fanem i entuzjastą), dostałem chlebek orkiszowy (również mnie ujął), ale to, co stało się później, co dostałem potem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania!
Tytułem wstępu muszę Wam powiedzieć, że przecież wszyscy wiedzą, że uwielbiam chodzić (no tutaj doskonale rozumiecie, że jest to drobne nadużycie z tym chodzeniem, ale pozwolę sobie je wykorzystać, aby podkreślić mój punkt widzenia i powagę sytuacji) po piasku i uwielbiam chodzić po trawie. I nie widzę nic złego w tym, że okazjonalnie lubię sprawdzić czy oba te podłoża dobrze smakują (uważam, że jest to objaw jak najbardziej pozytywny, który tylko pokazuje jak wyrobiony gust kulinarny posiadam). Niestety moi rodzice są innego zdania i notorycznie wywalają mi wszystko z ręki. Piasek przesypuje się sam i nie mam do nich o to pretensji, ale trawa? Trawa zostaje! I tylko przez ich niepotrzebną ingerencję, te urocze małe zielone ździebełka wypadają mi z rąk. 
W każdym razie, mając w pamięci wszystko to, co powyżej, musicie wiedzieć, że nagle, ni z tego, ni z owego, podczas ich śniadania, z ich talerzy został zdjęty kawałek trawy i dany mi do zjedzenia! I pytam się Was, gdzie tu konsekwencja? Czym ta trawa jest lepsza od tamtej? Ok, ta trawa ma na imię "kiełki" (strasznie śmiesznie, i jak to się zdrabnia, kiełeczki?), ale czy to oznacza, że jest jakaś wyjątkowa? 
Przeżywam to strasznie. I jeszcze ta... jak jej.. roszpunka, roszponka. No litości!


Oczywiście zjadłem, bo ja nie z tych, co wybrzydzają, a trawa to jednak trawa. Jednak musicie wiedzieć jak wielkie było moje zdziwienie, gdy później poszliśmy do Parku Oliwskiego (ulubiony park mamy), rodzice pozwolili mi raczkować na trawie (!!!!!) i gdy już radośnie zabierałem się do jedzenia, to znowu zabrali mi moje ździebełka! O losie! Nie dogodzisz!










No ale żeby już tak nie narzekać na tych moich rodziców, to powiem Wam, że zabrali mnie w super miejsce. Poszliśmy do ogrodu botanicznego, do palmiarni. Jak oni mnie znają! Wiedzą, że uwielbiam roślinki. Uwielbiam patrzeć jak kołyszą się gałęzie na wietrze, uwielbiam liście, uwielbiam kwiatki, flipsy. FLIPSY! Ahhh... rozmarzyłem się :) 
Idę coś przekąsić, więc tym razem zakończę niecodziennie. O tak: KONIEC. 



ah, zapomniałbym dodać, że znaleźliśmy stare monety na drodze. Duże.
No i teraz też powiem, że czapeczki uszyła mi Buba,
a więcej o tej kawie, co to ją możecie wypatrzeć na zdjęciu, przeczytacie na blogu mamy widelec i nóż
za to moja ulubiona bluza to E-rafix





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz