wtorek, 16 grudnia 2014

udane weekendowanie

Jak świeci słońce, to ja nie mam nic przeciwko temu. Ba! Wychodzę (już nie czepiajcie się słówek) ochoczo na spacer i rozkoszuję się idealną, jesienną pogodą. Okolice swojego domu znam doskonale, dlatego tym lepiej czuję się, gdy wyjeżdżamy nieco dalej. Moi rodzice doskonale to wiedzą, dlatego tej niedzieli zabrali mnie na spacer do Sopotu.

Destynacja nieprzypadkowa, bo mama (wspomniany w poprzednim poście świąteczny świrus) postanowiła zobaczyć jak najwięcej miejskich ozdób bożonarodzeniowych. A, że gdańskie zaliczyliśmy już dwa razy (tak, tak, aż dwa, ale nie narzekam, bo całkiem przyjemne. Narzeka może jedynie tata, ale cóż on biedak może zrobić...), to wypadało wręcz zobaczyć i te sopockie (może uda nam się i Gdynię zaliczyć w tym roku?). 
W każdym razie było cudnie, zjedliśmy pyszne śniadanko (nie będę się nadto rozpisywał, bo to już działka mojej mamy. Sami możecie zobaczyć tutaj) i wyobraźcie sobie, że rodzice przygotowali dla mnie niespodziankę :) Zresztą przyznam Wam szczerze, że wiedziałem, że coś się święci. Nie jestem w końcu jakiś tam pierwszy lepszy roczniak. Bystry ze mnie chłopak. Jak mama nagle zakręciła się, zakręciła i zniknęła w wielkim budynku, a tata bez gadania zabrał mnie nad morze, to przeczuwałem, że skończy się na jakiejś ciekawostce. 
Już w ogóle byłem pewny, jak mamy nie było całkiem długo, a tata ani nie patrzył na zegarek, ani nie dzwonił, ani nawet nie wykazywał oznak zniecierpliwienia ("oznaki zniecierpliwienia"... sam siebie zadziwiam :) ). I jak wreszcie pojawiła się mama i nie zaczęła rozmowy od "oj, tylko dwa sklepy...", a do tego w ręce miała białą kopertę, to wiadomo było, że coś się szykuje.
Miałem rację (ha!), bo z tej koperty, nagle, w akompaniamencie zachwytów mamy, wyłoniła się KSIĄŻKA! I to nie jakaś tam sobie byle książka, że okładka, że strony, że kwadrat, początek i koniec, tylko książka z dziurkami i zwierzakami i teatrzyk i uchwyty! Bosko!
No Kochani! Musicie sami zobaczyć co za zabawa! Nie spodziewałem się, że moi rodzice mogą tak szybko przeistoczyć się w niedźwiedzia, lwa, słonia, węża, małpkę, że wreszcie ja sam zostanę kociakiem! No serio! Przekonajcie się sami, bo impreza wyborna, a ubaw przedni! Zresztą... zobaczcie fotki :)













Sami widzicie, że pogoda idealnie nadawała się na spacer, a co najważniejsze, nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł. A żeby już dłużej nie trzymać Was w niepewności powiem, że książeczka moja ulubiona (niezmiennie już od kilku dni) pochodzi z Wydawnictwa EneDueRabe i zatytułowana jest "W dżungli". Kosztuje tylko 28 złotych :) Miłego teatrzykowania!
Ah, zapomniałbym! Bo po więcej informacji o jedzonku zapraszam do mojej mamy na Widelec i Nóż :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz